Sobota

IMG_20160220_125248

Po piątku najważniejsze, żeby wyłączyć budzik. Jak człowiek budzika nie wyłączy, to sobota przepadła. Kiedyś ten dzień to była zmiana ze szkoły na pracę, okazja, żeby zarobić dodatkowy grosz do świnki, na wakacje było i na jakiś mniej lub bardziej przydatny gadżet. I to niekończące się łączenie weekendowej pracy z możliwościami jakie daje wolne od zajęć. Od kiedy praca jest powiedzmy  s t a b i l n a, to cieszą te dwa cenne i wolne dni, z którymi mogę zrobić co tylko chcę. Najczęściej przeleżeć, przegadać, przeczytać i przejrzeć, na co nie miało się wcześniej czasu. Pobyć, myślę. Nawet tylko w czterech ścianach.

A jak jeszcze przez takie gliwickie okno słońce się pcha, to człowiek dopiero czuje, że ma wolne. Przez ściany biurowca tak nie czuć wyraźnie. A tu człowiekowi buch w twarz, że ledwo widzi, kto po drugiej stronie stołu siedzi. I nawet nie ma tego za złe. I śniadanie w południe bardziej smakuje.

Be kończy z Hitlerem, podobno osiemset stron gładko idzie. W tle xx przygrywa. Ja chwytam za “Kontynenty” leżące na parapecie, brzmi jakby było czym nakarmić podróżnicze zapędy. when you can’t travel, read. Wydanie z ostatniego kwartału dwa tysiące piętnastego roku zaczyna się wywiadem ze Swietłaną Aleksijewicz, w którym ona daje prztyczka w nos Łukaszence, który zarzuca jej oczernianie narodu (“niech pan nie myli narodu ze sobą”). Jest też artykuł o gruzińskich donżuanach, który czyta się jednym tchem. Zbieram teraz każdą literaturę na temat Gruzji, przekopuję internet, potrzebuję tak generalnego oglądu na ten kraj jak i szczegółowych informacji co do poruszania się po nim (chętnie przyjmę tytuły @).

To była ostatnia sobota. Dzisiejsza to świeża chałka z masłem i kruszonką, to ciasto na pizzę z olkowego przepisu. I strasznie dużo chmur i lektur filmowych. Soboto, trwaj.

Budapest – fleshback

DSC_5794_800x537

DSC_5781a_800x537

DSC_5765_800x537

DSC_5789_800x537

DSC_5891_800x537

DSC_5853_800x537

DSC_5941_800x537

DSC_5949a_800x537

DSC_5962_800x537

Przyjeżdżamy z planem zobaczenia miasta w ciągu przedłużonego weekendu i to bez zadyszki. Zwiedzanie zaczynamy ciemną nocą, kiedy wszyscy jeszcze śpią i miasto dopiero się budzi (więcej wstającego słońca). Jeszcze ciemno, mało co widać i że akurat trafiliśmy, to zaglądamy po zapas papryki węgierskiej do centralnej hali targowej, żeby później krok po kroku na wzgórze Gellerta się wspiąć. Trochę nam zeszło na starym mieście Budy i późno dobre śniadanie w Kave Muhely (Fö utca 49) zjedliśmy. Jeszcze w południe cieszymy się na to słońce, które nas tam spotkało i towarzyszyło po stronie Pesztu, gdzie parlament, bazylika i nasze zacisze w gwarnej dzielnicy żydowskiej, tuż przy głównej synagodze. To też nieopodal popularnej kazinczy utca, gdzie życie wieczorem gwarne i wesołe. Prosto jeszcze popularną aleją Andrassy’ego można dotrzeć do Lasku Miejskiego, po drodze mijając Dom terroru (akurat w remoncie). W tym Lasku słynne termy, wielkie lodowisko i zamek Vajdahunyad.

W styczniu jesteśmy jedynymi lub nielicznymi turystami. Nikt w drogę i obiektyw nie wchodzi.

Budapeszt – gdzie wyjść nocą?

Mam z tyłu głowy jeszcze kilka zdań, wydaje mi się przydatnych, które notowałam na tyłach nieaktualnych już ustaw. Te zmieniają się tak często, że po paru miesiącach nadają się tylko na makulaturę. Tym co mnie zdziwiło i czego nie spodziewałam się widząc pustawe ulice Budapesztu za dnia, było życie nocne, które hula pełna parą, jeśli tylko wiedzieć, w którą uliczkę wejść. Rąbka tajemnicy uchyliła nam Szilvia, którą obiecywałam odwiedzić w Budapeszcie już dłuższy czas. Te tłumy, których na ulicy nie widać, tłoczą się z całą pewnością w Szimpla Kert (Kazinczy utca 14). Tu koniecznie trzeba wyjść wieczorem, spotkać się i pobyć. Miejsce nie bez przyczyny nazywa się “ruin pub”. Nic tu nowe i świeże, a wszystko przygarnięte. Co kto miał to przyniósł, postawił i tak to funkcjonuje. I cieszy bywalców. Ja przyznam, że się zgubiłam. Szilvia prowadziła licznymi uliczkami, jedne, drugie drzwi i bach tłumy ludzi, dobra muzyka. Później był jeszcze inny pub, pokrewny szimpli, ale Szilvia znów prowadziła, do tego opowiadała dużo i trudno było zapamiętać i słowa, i drogę. Dopiero drugiego dnia spacerując tymi uliczkami odtwarzaliśmy klatka po klatce: “ach, tu to było”.

No i za dnia wszystko, wszystko wygląda inaczej, dlatego koniecznie zajrzyjcie tu w nocy.

Na gastro z kolei pod Kazinczy utca 18 caravan street food court znajdziecie. I langosz i burgery się przyjmują, choć ten pierwszy na cieście pączkowym dosyć ciężko. A po węgiersku karmią i dają smaczny gulasz w: Drum Cafe (Dob utca 2), zaraz obok wielkiej synagogi.

DSC_5934_800x537

DSC_5935_800x537
DSC_0620_800x531

DSC_5978_800x537

 

Na początku był negatyw

DSC_5522b_800x365

Bardzo prędko z grudnia do stycznia i hop w nowy rok. W takim lekkim rozleniwieniu i rozmemłaniu, z resztą świątecznego, a później noworocznego ciasta. Zdjęć na razie mi się odechciało. Wyżej to moje kato z jesieni i oprowadzenia Decem po mieście.

Ale wpadła mi do ręki Osiecka ze swoim fotoalbumem (“Na początku był negatyw”). Najpierw postraszyła, że im więcej zdjęć ludzie robią, tym mniej myślą o fotografii, a poźniej, że z tych samych zdjęć o których ludzie nie myślą – wychodzą duchy. To drugie bardziej mnie interesuje, bo od strony technicznej to przyznam, że w ogóle. Dlatego jak jeszcze trochę będę zwlekała z wywołaniem zdjęć, czego zaniechałam z całkiem prozaicznych zresztą powodów, to naprawdę mogą z nich wyjść duchy. Już zresztą kiedyś je posegregowałam, nawet etykiety nadałam, ale teraz część z nich budzi we mnie lekkie zdziwienie i nie potrafię sobie przypomnieć dlaczego akurat te zdjęcia spośród tak wielu wybrałam do wywołania. Pewnie w tamtym momencie było w nich coś ważnego i tylko przykro, że czasem nie potrafię sobie przypomnieć co to było.

Na nowe z kolei teraz brak materiału. To świętowanie, te leniwe posiadówki przy stole i ławie, to tylko roztrzęsione zdjęcia babci, bo coraz słabsza, i urwisów, bo rzadko są. Już nie wspomnę, że rąk z kieszeni się niepotrzebnie nie wyciąga, ciepło oszczędza i na boki bez powodu nie rozgląda w taki mróz, jaki towarzyszył przełomowi roku.

Na szczęście nowa wycieczka na horyzoncie.
Wracam do lektury, bo obrodziło mi w dużo dobrych na koniec roku.

Ps. żyjemy jak królowie – wstawajmy prawą nogą.

 

KATO – Zielona Dolina

DSC_5526a

DSC_5529a

DSC_5530

Nie kupiłam ostatnio żadnego biletu (dalszego), nie zaplanowałam żadnego wyjazdu (dalszego). Przyjmuję gości (z daleka) i opowiadam, że jeszcze pięć lat temu stary dworzec w kato stał, wyglądało i pachniało nieludzko, a to co wyżej na zdjęciach – to nawet nie istniało. Robi się przyjemnie i nawet nie chce się wyjeżdżać (chwilowo).