kierunek Koszutka

DSC_6157a

DSC_6161

DSC_6156

DSC_6169

Advertisements

Wszystkie wojny Lary

DSC_6022blog

Ostatnimi czasy na półce czekają głównie reportaże. Im bardziej tęskno do pakowania walizki, tym więcej ich czytam, a czarne tyle dobrego wydaje, że trudno nadążyć. Ja szczególnie na Gruzję teraz spoglądam. Mam bilet i ciągle zbyt małe pojęcie o kraju i zwyczajach tam panujących. Gościnność, natura, piękne krajobrazy. Wszystko to już słyszałam albo gdzieś przeczytałam. Boję się, że jak teraz coś istotnego mi umknie, to przegapię to na miejscu. Dostałam na jesień od Krzyśka “Wszystkie wojny Lary” W. Jagielskiego, bo pani w księgarni powiedziała, że dobre i powinno mi się spodobać.

Historia Laury, która całe swoje życie spędza w gruzińskiej wiosce Pankisi, gdzie brak jest perspektyw na lepsze życie, dlatego swoich dwóch synów wysyła z ojcem do Europy. W jej oczach to kraina mlekiem i miodem płynąca, każdy może się tutaj realizować i osiągnąć na co tylko ma ochotę. Jakie zdziwienie, kiedy synowie będąc już w Europie tego entuzjazmu nie podzielają. Wyobcowanie, to nie dom, tu nie da się żyć, nic nie ma sensu. W poszukiwaniu tego ostatniego trafiają pod skrzydła radykalnych imamów, a później na wojnę do Syrii. Dżihad. A Lara powtarza tylko synom, że żyć trzeba, nie umierać. Te słowa jak mantra przez kartki się przewijały i na długo utkwiły mi w głowie. Do synów niestety nie dotarły.

Czyta się jak dobrą powieść, tylko gdy człowiek zda sobie sprawę, że to się działo naprawdę i właściwie ciągle dzieje na naszych oczach, to strach ogarnia. Ta historia pokazuje kroplę źródła frustracji przybyszów i przyczyny, dla których osoby urodzone już i wychowane w Europie lgną do radykalizmu.

A żyć trzeba, nie umierać.
I przeczytać ten reportaż Jagielskiego.

(lub inne reportaże)

Inaczej z Rojkiem

DSC_6071

Pamiętam, że latem ’97 w Niechorzu grali długość dźwięku samotności, a my z Manią kolonistki spałyśmy na plaży. Po to, żeby parę lat później szaleć na ich koncertach i zbierać płyty. Jesienią minęłam go na koszutce w drodze na chorzowską, ranek słoneczny, on w okularach, wielki mały człowiek. Przemknął niepostrzeżenie, nie zdążyłam rzucić nawet miłego dnia. W wywiadzie wspomina o popularnej piekarni za rogiem mojego bloku, parku chorzowskim i kilku autentycznie bliskich miejscach. Człowiek niepokój. Mówi o wielkim pędzie i potrzebie myślenia zawsze w przód, o strachu, że się nie zdąży i ciągle robi się za mało, a  praca i dyscyplina hartują człowieka. Te śląskie chłopaki: takie zdolne i pracowite.

Sobota

IMG_20160220_125248

Po piątku najważniejsze, żeby wyłączyć budzik. Jak człowiek budzika nie wyłączy, to sobota przepadła. Kiedyś ten dzień to była zmiana ze szkoły na pracę, okazja, żeby zarobić dodatkowy grosz do świnki, na wakacje było i na jakiś mniej lub bardziej przydatny gadżet. I to niekończące się łączenie weekendowej pracy z możliwościami jakie daje wolne od zajęć. Od kiedy praca jest powiedzmy  s t a b i l n a, to cieszą te dwa cenne i wolne dni, z którymi mogę zrobić co tylko chcę. Najczęściej przeleżeć, przegadać, przeczytać i przejrzeć, na co nie miało się wcześniej czasu. Pobyć, myślę. Nawet tylko w czterech ścianach.

A jak jeszcze przez takie gliwickie okno słońce się pcha, to człowiek dopiero czuje, że ma wolne. Przez ściany biurowca tak nie czuć wyraźnie. A tu człowiekowi buch w twarz, że ledwo widzi, kto po drugiej stronie stołu siedzi. I nawet nie ma tego za złe. I śniadanie w południe bardziej smakuje.

Be kończy z Hitlerem, podobno osiemset stron gładko idzie. W tle xx przygrywa. Ja chwytam za “Kontynenty” leżące na parapecie, brzmi jakby było czym nakarmić podróżnicze zapędy. when you can’t travel, read. Wydanie z ostatniego kwartału dwa tysiące piętnastego roku zaczyna się wywiadem ze Swietłaną Aleksijewicz, w którym ona daje prztyczka w nos Łukaszence, który zarzuca jej oczernianie narodu (“niech pan nie myli narodu ze sobą”). Jest też artykuł o gruzińskich donżuanach, który czyta się jednym tchem. Zbieram teraz każdą literaturę na temat Gruzji, przekopuję internet, potrzebuję tak generalnego oglądu na ten kraj jak i szczegółowych informacji co do poruszania się po nim (chętnie przyjmę tytuły @).

To była ostatnia sobota. Dzisiejsza to świeża chałka z masłem i kruszonką, to ciasto na pizzę z olkowego przepisu. I strasznie dużo chmur i lektur filmowych. Soboto, trwaj.

Budapest – fleshback

DSC_5794_800x537

DSC_5781a_800x537

DSC_5765_800x537

DSC_5789_800x537

DSC_5891_800x537

DSC_5853_800x537

DSC_5941_800x537

DSC_5949a_800x537

DSC_5962_800x537

Przyjeżdżamy z planem zobaczenia miasta w ciągu przedłużonego weekendu i to bez zadyszki. Zwiedzanie zaczynamy ciemną nocą, kiedy wszyscy jeszcze śpią i miasto dopiero się budzi (więcej wstającego słońca). Jeszcze ciemno, mało co widać i że akurat trafiliśmy, to zaglądamy po zapas papryki węgierskiej do centralnej hali targowej, żeby później krok po kroku na wzgórze Gellerta się wspiąć. Trochę nam zeszło na starym mieście Budy i późno dobre śniadanie w Kave Muhely (Fö utca 49) zjedliśmy. Jeszcze w południe cieszymy się na to słońce, które nas tam spotkało i towarzyszyło po stronie Pesztu, gdzie parlament, bazylika i nasze zacisze w gwarnej dzielnicy żydowskiej, tuż przy głównej synagodze. To też nieopodal popularnej kazinczy utca, gdzie życie wieczorem gwarne i wesołe. Prosto jeszcze popularną aleją Andrassy’ego można dotrzeć do Lasku Miejskiego, po drodze mijając Dom terroru (akurat w remoncie). W tym Lasku słynne termy, wielkie lodowisko i zamek Vajdahunyad.

W styczniu jesteśmy jedynymi lub nielicznymi turystami. Nikt w drogę i obiektyw nie wchodzi.

Budapeszt – gdzie wyjść nocą?

Mam z tyłu głowy jeszcze kilka zdań, wydaje mi się przydatnych, które notowałam na tyłach nieaktualnych już ustaw. Te zmieniają się tak często, że po paru miesiącach nadają się tylko na makulaturę. Tym co mnie zdziwiło i czego nie spodziewałam się widząc pustawe ulice Budapesztu za dnia, było życie nocne, które hula pełna parą, jeśli tylko wiedzieć, w którą uliczkę wejść. Rąbka tajemnicy uchyliła nam Szilvia, którą obiecywałam odwiedzić w Budapeszcie już dłuższy czas. Te tłumy, których na ulicy nie widać, tłoczą się z całą pewnością w Szimpla Kert (Kazinczy utca 14). Tu koniecznie trzeba wyjść wieczorem, spotkać się i pobyć. Miejsce nie bez przyczyny nazywa się “ruin pub”. Nic tu nowe i świeże, a wszystko przygarnięte. Co kto miał to przyniósł, postawił i tak to funkcjonuje. I cieszy bywalców. Ja przyznam, że się zgubiłam. Szilvia prowadziła licznymi uliczkami, jedne, drugie drzwi i bach tłumy ludzi, dobra muzyka. Później był jeszcze inny pub, pokrewny szimpli, ale Szilvia znów prowadziła, do tego opowiadała dużo i trudno było zapamiętać i słowa, i drogę. Dopiero drugiego dnia spacerując tymi uliczkami odtwarzaliśmy klatka po klatce: “ach, tu to było”.

No i za dnia wszystko, wszystko wygląda inaczej, dlatego koniecznie zajrzyjcie tu w nocy.

Na gastro z kolei pod Kazinczy utca 18 caravan street food court znajdziecie. I langosz i burgery się przyjmują, choć ten pierwszy na cieście pączkowym dosyć ciężko. A po węgiersku karmią i dają smaczny gulasz w: Drum Cafe (Dob utca 2), zaraz obok wielkiej synagogi.

DSC_5934_800x537

DSC_5935_800x537
DSC_0620_800x531

DSC_5978_800x537