Suwałki: co i gdzie zjeść?

DSC_6451

DSC_6449

DSC_6450

Ta bardziej jadłodajnia niż restauracja “u Alika” w Suwałkach to mała rodzinna kuchnia. Brak w niej tak popularnego ostatnio surowego skandynawskiego wystroju z ikei (w którym sama czuję się zresztą świetnie). Podają lokalne potrawy: beremecze i kibiny, o których ja pierwszy raz słyszę. Wszystkie dania przedstawiono na zdjęciach w menu, co znacznie ułatwia wybór niezorientowanym klientom. Jest domowy kompot i czarna turecka kawa dla śmiałków. Karmią do syta i za bardzo przystępną ceną (12 zł za kibina i beremecze?). Jedzenie może nie jest szaleńczo wyśmienite, ale smaczne i dostosowane do ceny. Tylko lepiej zarezerwować sobie wcześniej miejsce, żeby nie odejść z kwitkiem, bo pomieszczenie jest ciasne i stolików w nim jak na lekarstwo. Dla tych co szukają domowego, pożywnego jadła to będzie idealne miejsce.

Drugiego dnia poleca się “Kalinka” w Rutce Tartak.. Co prawda, wygląd początkowo odstrasza: pusta i wyziębiona, typowo weselna sala, w której o godzinie osiemnastej nie ma ani jednego gościa. Po krótkim wahaniu i machnięciu ręką na znak ‘niech będzie’, zamawiamy (uprzednio wypełniając ankietę o istotności lokalnej kuchni). Jedzenie podają błyskawicznie i ku naszemu wielkiemu zdziwieniu jest przepyszne! Koniecznie trzeba spróbować kartaczy, przypominających trochę nasze śląskie pyzy z mięsem.

Na podlasiu kuchnia jest tłusta i ciężka, ale biorąc pod uwagę temperaturę, żołądek przyjmuje je z ulgą.

Na deser

DSC_6566a

sękacz ze stoiska w Stańczykach

DSC_6448mrowisko –  ciasto smażone na głębokim tłuszczu obficie polane miodem, posypane makiem
ze stoiska w Wigrach

Trójstyk granic Wisztyniec

DSC_6570a

Szybki szpill po suwalszczyźnie zakończył się na trójstyku granic: polskiej, litewskiej i rosyjskiej. Trudno powiedzieć co jest w tym miejscu tak bardzo atrakcyjnego, skoro sprowadza się głównie do nieszczególnego pomnika wokół którego wyznaczono granice tych trzech państw. Przy tym niedozwolone jest okrążenie monumentu, ponieważ określony wycinek należy już do Rosji i bezprawne przekroczenie go grozi mandatem. Porządku strzeże kamera skierowana na partię rosyjskiej kostki brukowej. Wokół są jedynie nieliczne domy i wiatr goni po polach. Równie nielicznych turystów, w tym nas, sprowadza chyba jedynie symbolika miejsca i poczucie, że jest się w na swój sposób wyjątkowym miejscu, gdzie jedną nogę można postawić na ziemi bez uzyskiwania zgody władz, natomiast druga musi wylegitymować się paszportem.

To nad Litwą świeciło słońce.
Tak hen na północy jeszcze nie byłam, odnotowuję.

Polski biegun zimna: Suwalszczyzna i Podlasie

DSC_6453ab

Na początku maja czmychnęliśmy nocą z dolnośląskiego na podlasie, co zabrało niecałe sześć godzin. A myśleliśmy, że to taka daleka wyprawa. Pogoda w całej ojczyźnie się nie zapowiadała, tym bardziej nie szkoda było jechać na biegun zimna. Poza tym na odwiedziny u przyjaciół, to zawsze jest dobra pora. Słońce do nas później dołączyło. Już tyle czasu postanawiam więcej po Polsce krążyć, bo ciekawych regionów jest mnóstwo, a człowiek wiecznie pędzi gdzieś daleko, za egzotyką się rozgląda, kiedy wystarczy za obrzeża miast wyjechać, żeby odpocząć i nacieszyć oczy. Na północy są widoki, parki narodowe i lasy, i jeziora. Można odetchnąć pełną piersią. Bazą wypadową był Białystok oraz Suwałki. Po drodze zacumowaliśmy przy jeziorze w Augustowie, mówią, że to Mikołajki Podlasia.

WIGRY

Podjechaliśmy do Wigier, gdzie już początek sezonu się szykował. Chociaż ten rozpoczyna się w maju i był akurat ostatni dzień kwietnia, to już przecież weekend i jakby sezon: za parking zapłacić Państwo musicie. Tam do zobaczenia poklasztorna architektura, niegdyś na tym wzgórzu urzędowali Kamedułowie. Przy zjeździe na Leszcze jest też punkt widokowy, można z dystansu spojrzeć dokąd się zmierza. Nawet przy takiej siąpiącej pogodzie, jaka nam się przytrafiła, widać wyraźnie klasztor. Wokół Wigierski Park Narodowy.

DSC_6413a

DSC_6434

DSC_6444a

GÓRA ZAMKOWA

Dalej na północy zahaczamy o Suwalski Park Krajobrazowy. Tam Góra Zamkowa, dużo zieleni i mało turystów. Szlak prowadzi przez piękną ścieżkę wyznaczoną przez brzozy. Po drodze tylko grupa rowerzystów. Jest gdzie chodzić.

DSC_6456a

honi and milena

Podlasie, majówka 2016dara

DSC_6487

STAŃCZYKI

Podchodzimy na Górę Cisową, znany miejscowym punkt widokowy. Na widok pasących się krów reagujemy jak dzieci i trochę jak chińscy turyści: zatrzymując się i robiąc zdjęcia. Na już słoneczne popołudnie zajeżdżamy zobaczyć zabytkowe mosty w Stańczykach. Najbardziej uczęszczane miejsce spośród tych, które widzieliśmy, z dużym parkingiem, turystycznymi autobusami i biletami wstępu. Na koniec dnia, przed obiadem w Rutce Tartak, pędzimy na Trójstyk Wisztyniec, postawić stopę na granicy polsko- rosyjsko- litewskiej.

DSC_6564ab

stanczyki

DSC_6551

Gdyby nie te wiszące nad nami w pierwszych dniach chmury, to byłoby jeszcze przyjemniej. Ale i tak wschód wydaje mi się fantastyczny na odpoczynek i wycieczki rowerowe. Są szlaki, dużo zieleni. Marzy mi się przejechanie wschodniego szlaku rowerowego, jak już rowera się w końcu dorobię i będę go miała gdzie postawić. Na razie badam teren i skrzętnie notuję pomysły.

Naprawdę jest co robić na wschodzie.

A co zjeść?

Muzeum Polin w Warszawie

DSC_6191a2

DSC_6198b

DSC_6246

Rzadko kiedy jeździmy na wycieczki do muzeum. Zwykle są lepsze pomysły. Właściwie to zawsze są. A teraz była okazja i pogoda sprzyjała, bo po deszczowych łazienkach i wietrznym krakowskim niezbyt przyjemnie się spaceruje. Samo muzeum nie byle jakie, bo jeszcze ostatnio wyróżnione i okraszone tytułem europejskiego muzeum roku 2016. Nagroda niby o niczym nie przesądza, ale trzeba się cieszyć, że nas doceniają. Jest za co, bo sam budynek robi wrażenie, ale to sklepienie co na nie nad tekstem można patrzeć i patrzeć i zastanawiać się jak ktoś tak płynnie ten sufit położył, to istny majstersztyk. W treści muzeum też się postarali: chronologiczne dzieje polskich żydów, z licznymi animacjami i atrakcjami. Interaktywne teksty i quizy, imitacja synagogi i ulicy żydowskiej.
Jest sposób na złą pogodę.

KATO – Zielona Dolina

DSC_5526a

DSC_5529a

DSC_5530

Nie kupiłam ostatnio żadnego biletu (dalszego), nie zaplanowałam żadnego wyjazdu (dalszego). Przyjmuję gości (z daleka) i opowiadam, że jeszcze pięć lat temu stary dworzec w kato stał, wyglądało i pachniało nieludzko, a to co wyżej na zdjęciach – to nawet nie istniało. Robi się przyjemnie i nawet nie chce się wyjeżdżać (chwilowo).

Wczasy pod gruszą

Grzybowo, 5-12 lipca 2014

DSC_3243Wcale nie trzeba daleko wyjeżdżać. Bez samolotu, zbędnych transferów lotniskowych i przesiadek można odpocząć. My pakujemy się na prawie rodzinne wakacje do nikomu nic nie mówiącego Grzybowa, trzy kilometry od Dźwirzyna, dwa do Kołobrzegu. I złość, i rozczulenie bierze, kiedy mama zabiera cały słoik ogórków małosolnych (bo do grilla będą smakowały) i całą blachę rodzinnego skubańca na ostatnich już truskawkach i agreście (bo jak to tak niedzielna kawa bez placka). O sokowirówce już bałyśmy się wtedy wspominać, bo tata z każdym pakunkiem bardziej wzdychał. Ale jedziemy. Na Wrocław, Poznań i Kołobrzeg. Na końcu ulica Cicha.Tam pani Lucynka z mężem mają dla nas całe piętro przygotowane, taras wolny, na którym codziennie jemy śniadania. Przemiłe małżeństwo, dzielą się gościną i dobytkiem. Pani Lucynka szwedzką maść na poparzenia słoneczne na górę przynosi, pan Marian do garażu na wódeczkę woła.

DSC_3106Jeszcze parę lat temu najprawdopodobniej powiedziałabym, że takie wakacje to nie wakacje. Ale teraz kiedy lada moment legitymacja studencka straci ważność orientuję się jak duże zaległości w zwiedzaniu Polski mam, ilu miejsc jeszcze nie widziałam, jak prosto, tanio i przyjemnie można spędzać czas i jak wiele jeszcze babcia ma mi do opowiedzenia. Tylko trochę szczęścia do pogody nad polskim morzem trzeba jeszcze mieć, ale i tego nam nie brakło. Jak nie piesze wycieczki plażą do momentu, kiedy łydki napinają się do granic możliwości, to chwila na kocu z książką, aż słońce cię nie uśpi. Popołudnia to wycieczki po czereśnie- sercówki do Dźwirzyna, obiad w porcie, a wieczorem rozgrywki w remika.

DSC_3179Rower jest nam tutaj niezbędny. Mamy tuż za cichą mały camping i wypożyczalnię rowerów, z których trudno cokolwiek wybrać, choć pani prowadząca tak zachęca. Ten zardzewiały, temu hamulce nie działają, a jeszcze inny ma flaka. Mama boi się daleko jechać, bo to wiadomo gdzie człowiek utknie i później na pieszo będzie musiał dylać? mówi. Ale objeżdżamy Dźwirzyno i Resko Przymorskie i zachwycamy sie prostymi ścieżkami rowerowymi, zapachem lasu i jodem, którego chcemy jak najwięcej, żeby wszelkich wirusów do przyszłego lata uniknąć. Po drodze mijamy całe kolonie jadące gęsiego, rodziny i spacerowiczów. Aż miło popatrzeć, kiedy ludzie tak aktywnie czas spędzają.

DSC_3345Słońce grzało cały tydzień, dopiero ostatnie dwa dni zimny wiatr uszy chce nam urwać. Tak mnie później w ciepłym domu parzą i palą, kiedy kolejną partię remika rozgrywamy. Wieje ze wschodu- bo zimny, jak ciepły to z zachodu. Po tym też poznać można jaka jest temperatura wody- tłumaczył nam ratownik. Dla mnie zawsze lodowata tak, że człowiekowi kostki wykręca.

DSC_3347Do takiej dobroci i lenistwa człowiek bardzo łatwo się przyzwyczaja. Zmęczona słońcem śpię po dziesięć godzin dziennie, kładę się szybko, wstaję późno, a i tak z wielkim trudem oczy przy śniadaniu otwieram.
Lada moment koniec tego dobrego, więc może pójdę kogoś namówić na spacer.


Kołobrzeg, 11 lipiec 2014



Na wybrzeżu o jedzenie nie jest trudno
zapiekanki, hot-dogi, lody włoskie, lody na gałki, kebaby, hamburgery, gofry, budki, stragany, lody na patyku, popcorn, hot-dog francuski, rurka ze śmietaną, desery firmowe i nie, wata cukrowa, żelki, krówki, paluchy, orzeszki prażone POMIJAM.
Nad Bałtyk po dorsza jadę.

Vesuvio II, Port w Dźwirzynie

DSC_3241

Chociaż smażalnie znajdują się na każdym kroku, nawet w małym Grzybowie jest ich mnóstwo, to nie raz człowiek słyszał historie o miejscach, gdzie olej wymienia się rzadziej niż worek na śmieci. Całe szczęście my do żadnego z nich nie trafiliśmy.
Słaba promocja to dla polskiej kuchni, bo rybę serwował nam włoch, ale wszystko świeże, apetycznie podane, a cena konkurencyjna.

DSC_3137a

Dla tych co ryb nie lubią, znajdzie się pizza i makarony. Osobiście mogę przeglądać kartę dowoli, a i tak zawsze kończy się jak w katowickim  len arte: alla grigliata, pronto. Ja włoszczyznę to mogę zawsze jeść, takie dobre. I od razu Serena przed oczami mi staje, z tymi wszystkimi zasadami gotowania: jaka oliwa do makaronu? ale dlaczego? makaron wodą? ketchup do pizzy? DARIAAA, NOOOŁ! I ja- biegająca z wywieszonym językiem  po mariborskich supermarketach w poszukiwaniu prawdziwej włoskiej pancetty (boczek.. cały dzień za boczkiem).

Żeby jednak polskiej kuchni przykro nie było, to w samym Grzybowie popularnością cieszy się stołówka

Oleńka, ul. Kołobrzeska

Już po pierwszym obiedzie przekonacie się, że:
– trzeba przychodzić albo na otwarcie (13.00), albo zamknięcie (18.00)- inaczej trudno o miejsce;
– jedno danie to porcja dla dwóch osób (potwierdzone przez panów) , a schabowy jest trzy razy większy od przeciętnego domowego;

Jest alternatywa, nie ma co się łasić na blaszane budki.