Reportaże warte przeczytania


“Książki to także świat, i to świat, który człowiek sobie wybiera, a nie na który przychodzi”


DSC_6078b
Paradoksalnie spędzam całe dnie na czytaniu, analizowaniu, że głowa czasem mała, ale te literki z reportaży kompletnie inaczej się składają niż paragrafy. W pewien sposób sprawiają mniej trudu i zwykle też lepiej ze sobą współgrają. Ostatnio ten świat sobie poprzez reportaże wybieram, to chyba dlatego, że rzadziej walizkę przepakowuję. To prosta zależność, że jak sama się nie przemieszczam i nie poznaję to potrzebuję, żeby mi ktoś opowiedział.

Wszystkie wojny Lary już wychwalałam jak mogłam i powtarzam uparcie, że nie należy dać się zwieść powieściowym zapędom Jagielskiego – to jest historia na faktach i ciary człowieka przechodzą, kiedy zda sobie sprawę, że to wszystko dzieje się tuż obok nas, chociaż wydaje się być odległe. I że Szamili wokół nas może być wielu.

Diabeł i tabliczka czekolady

To zespół reportaży Pawła Reszki z naszego polskiego, głównie lubelszczyźnianego podwórka. Nie są to historie przyjemne, czasem z pogranicza patologii. Często zaściankowe. Dłuższe, ale czasem też jednostronnicowe. Zarówno o tym jak bieda wpływa na postrzeganie i traktowanie przez rówieśników w polskiej szkole, po co w klasach ma wisieć krzyż, jak i problem absurdalnie poważny: czy erotyka w domach pomocy społecznej powinna być dostępna. Z pozoru proste historie, garść faktów, zwrot akcji nie jest specjalnie oczekiwany. Ale pisarz niczego na tacy nie podaje, a o wypaczeniach nie krzyczy jak okładka brukowca: łatkując je, wyolbrzymiając i nie zostawiając miejsca na żadną polemikę. W to miejsce spokojnie zarysowuje tło historii, żeby w jakimś nieoczekiwanym momencie dodać drobny, niby nic nie znaczący szczegół, który wywróci spojrzenie czytelnika na bohatera i całą historię. Poza tym historie te chociaż tematycznie różne, to jednak powiązane są cienką nicią. Nicią szczęścia, które dosłownie zostało pogrubione, żeby ten motyw czytelnikowi nie uciekł pomiędzy stronicami na pozór kompletnie różnych reportaży. Dla jednych to spokój, dla innych taniec, ktoś wskazał na chwile ulgi..

Na te reportaże naprawdę był pomysł.

Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość

Katarzyna Surmiak – Domańska swego czasu u Nogasia w Trójce opowiadała o tym jak pojechała do tych tolerancyjnych, demokratycznych Stanów Zjednoczonych, żeby zobaczyć jak ma się współczesny Ku Klux Klan. Nie wydaje się być to organizacja pokrewna przyjaciołom zwierząt, stąd nie przyszłoby mi do głowy, że możliwe jest ot takie zapisanie się na ich zjazd. Nie przyszłoby mi do głowy zresztą, że sama organizacja przyjmuje ludzi z zewnątrz, nie stroni od nich, a przecież nie wiadomo co później tacy będą rozpowiadać. Wydawało mi się, że raczej ze swoją działalnością się nie obnoszą. A reporterka została oficjalnie zaproszona na zjazd organizacji i pojechała. Dzięki temu dostaliśmy solidną charakterystykę momentami nieco bardziej humorystycznej niż groźnej organizacji, w której zrzeszeni głoszą czystość ras, wyższość białych i spokój, jaki panuje w miejscach, gdzie kolory skóry się nie mieszają. W tej historii są programy radiowe indoktrynujące ludzi, miasta zamieszkane wyłącznie przez białych i dzieci, które żyją w przeświadczeniu, że Hitler był dobroczyńcą.

Wyciągam jeszcze te bardziej prozaiczne rzeczy jak problem z żywieniem w stanach i znalezieniem czegoś naturalnego do zjedzenia, zainteresowanie osobą z europy i tym, że Polska to jest dla Amerykanów taki trochę trzeci świat trudny do zlokalizowania na mapie.

Czarnobylska modlitwa. Kronika przeszłości

Nie umiem się zadowolić jednym tytułem, więc na starannie wyselekcjonowanej górze książek, pomiędzy tym co muszę a chciałabym przeczytać leży jeszcze napoczęty zbiór S. Aleksijewicz “Czasy secondhand”, który po setnej stronie zrobił się jednak nieco toporny, to ze względu na ilość wielokropków i niedopowiedzeń, które drażnią. Po drodze wpadł za to w ręce reportaż o awarii elektrowni atomowej w ukraińskim Czarnobylu (która dotknęła głównie Białoruś) i nie sposób było się od niego oderwać. Skutki awarii w życiu szarego człowieka, dezinformacja (żadnych dowodów), mentalność narodu białoruskiego (to żyje w nas: być tam, gdzie ciężko, niebezpiecznie, bronić ojczyzny) i okrutne nieszczęście. Są też daty, fakty i skazani, ale raczej z poczucia obowiązku, natomiast w centrum katastrofy i historii jest człowiek.

Bardzo mnie ujął jeden z podtytułów i już kończę, bo to trzeba czytać, a nie referować: o tym, że w życiu najstraszniejsze staje się cicho i naturalnie.

 – – –

Nie śpimy, czytamy.

Wszystkie wojny Lary

DSC_6022blog

Ostatnimi czasy na półce czekają głównie reportaże. Im bardziej tęskno do pakowania walizki, tym więcej ich czytam, a czarne tyle dobrego wydaje, że trudno nadążyć. Ja szczególnie na Gruzję teraz spoglądam. Mam bilet i ciągle zbyt małe pojęcie o kraju i zwyczajach tam panujących. Gościnność, natura, piękne krajobrazy. Wszystko to już słyszałam albo gdzieś przeczytałam. Boję się, że jak teraz coś istotnego mi umknie, to przegapię to na miejscu. Dostałam na jesień od Krzyśka “Wszystkie wojny Lary” W. Jagielskiego, bo pani w księgarni powiedziała, że dobre i powinno mi się spodobać.

Historia Laury, która całe swoje życie spędza w gruzińskiej wiosce Pankisi, gdzie brak jest perspektyw na lepsze życie, dlatego swoich dwóch synów wysyła z ojcem do Europy. W jej oczach to kraina mlekiem i miodem płynąca, każdy może się tutaj realizować i osiągnąć na co tylko ma ochotę. Jakie zdziwienie, kiedy synowie będąc już w Europie tego entuzjazmu nie podzielają. Wyobcowanie, to nie dom, tu nie da się żyć, nic nie ma sensu. W poszukiwaniu tego ostatniego trafiają pod skrzydła radykalnych imamów, a później na wojnę do Syrii. Dżihad. A Lara powtarza tylko synom, że żyć trzeba, nie umierać. Te słowa jak mantra przez kartki się przewijały i na długo utkwiły mi w głowie. Do synów niestety nie dotarły.

Czyta się jak dobrą powieść, tylko gdy człowiek zda sobie sprawę, że to się działo naprawdę i właściwie ciągle dzieje na naszych oczach, to strach ogarnia. Ta historia pokazuje kroplę źródła frustracji przybyszów i przyczyny, dla których osoby urodzone już i wychowane w Europie lgną do radykalizmu.

A żyć trzeba, nie umierać.
I przeczytać ten reportaż Jagielskiego.

(lub inne reportaże)

Inaczej z Rojkiem

DSC_6071

Pamiętam, że latem ’97 w Niechorzu grali długość dźwięku samotności, a my z Manią kolonistki spałyśmy na plaży. Po to, żeby parę lat później szaleć na ich koncertach i zbierać płyty. Jesienią minęłam go na koszutce w drodze na chorzowską, ranek słoneczny, on w okularach, wielki mały człowiek. Przemknął niepostrzeżenie, nie zdążyłam rzucić nawet miłego dnia. W wywiadzie wspomina o popularnej piekarni za rogiem mojego bloku, parku chorzowskim i kilku autentycznie bliskich miejscach. Człowiek niepokój. Mówi o wielkim pędzie i potrzebie myślenia zawsze w przód, o strachu, że się nie zdąży i ciągle robi się za mało, a  praca i dyscyplina hartują człowieka. Te śląskie chłopaki: takie zdolne i pracowite.

Sobota

IMG_20160220_125248

Po piątku najważniejsze, żeby wyłączyć budzik. Jak człowiek budzika nie wyłączy, to sobota przepadła. Kiedyś ten dzień to była zmiana ze szkoły na pracę, okazja, żeby zarobić dodatkowy grosz do świnki, na wakacje było i na jakiś mniej lub bardziej przydatny gadżet. I to niekończące się łączenie weekendowej pracy z możliwościami jakie daje wolne od zajęć. Od kiedy praca jest powiedzmy  s t a b i l n a, to cieszą te dwa cenne i wolne dni, z którymi mogę zrobić co tylko chcę. Najczęściej przeleżeć, przegadać, przeczytać i przejrzeć, na co nie miało się wcześniej czasu. Pobyć, myślę. Nawet tylko w czterech ścianach.

A jak jeszcze przez takie gliwickie okno słońce się pcha, to człowiek dopiero czuje, że ma wolne. Przez ściany biurowca tak nie czuć wyraźnie. A tu człowiekowi buch w twarz, że ledwo widzi, kto po drugiej stronie stołu siedzi. I nawet nie ma tego za złe. I śniadanie w południe bardziej smakuje.

Be kończy z Hitlerem, podobno osiemset stron gładko idzie. W tle xx przygrywa. Ja chwytam za “Kontynenty” leżące na parapecie, brzmi jakby było czym nakarmić podróżnicze zapędy. when you can’t travel, read. Wydanie z ostatniego kwartału dwa tysiące piętnastego roku zaczyna się wywiadem ze Swietłaną Aleksijewicz, w którym ona daje prztyczka w nos Łukaszence, który zarzuca jej oczernianie narodu (“niech pan nie myli narodu ze sobą”). Jest też artykuł o gruzińskich donżuanach, który czyta się jednym tchem. Zbieram teraz każdą literaturę na temat Gruzji, przekopuję internet, potrzebuję tak generalnego oglądu na ten kraj jak i szczegółowych informacji co do poruszania się po nim (chętnie przyjmę tytuły @).

To była ostatnia sobota. Dzisiejsza to świeża chałka z masłem i kruszonką, to ciasto na pizzę z olkowego przepisu. I strasznie dużo chmur i lektur filmowych. Soboto, trwaj.

Na początku był negatyw

DSC_5522b_800x365

Bardzo prędko z grudnia do stycznia i hop w nowy rok. W takim lekkim rozleniwieniu i rozmemłaniu, z resztą świątecznego, a później noworocznego ciasta. Zdjęć na razie mi się odechciało. Wyżej to moje kato z jesieni i oprowadzenia Decem po mieście.

Ale wpadła mi do ręki Osiecka ze swoim fotoalbumem (“Na początku był negatyw”). Najpierw postraszyła, że im więcej zdjęć ludzie robią, tym mniej myślą o fotografii, a poźniej, że z tych samych zdjęć o których ludzie nie myślą – wychodzą duchy. To drugie bardziej mnie interesuje, bo od strony technicznej to przyznam, że w ogóle. Dlatego jak jeszcze trochę będę zwlekała z wywołaniem zdjęć, czego zaniechałam z całkiem prozaicznych zresztą powodów, to naprawdę mogą z nich wyjść duchy. Już zresztą kiedyś je posegregowałam, nawet etykiety nadałam, ale teraz część z nich budzi we mnie lekkie zdziwienie i nie potrafię sobie przypomnieć dlaczego akurat te zdjęcia spośród tak wielu wybrałam do wywołania. Pewnie w tamtym momencie było w nich coś ważnego i tylko przykro, że czasem nie potrafię sobie przypomnieć co to było.

Na nowe z kolei teraz brak materiału. To świętowanie, te leniwe posiadówki przy stole i ławie, to tylko roztrzęsione zdjęcia babci, bo coraz słabsza, i urwisów, bo rzadko są. Już nie wspomnę, że rąk z kieszeni się niepotrzebnie nie wyciąga, ciepło oszczędza i na boki bez powodu nie rozgląda w taki mróz, jaki towarzyszył przełomowi roku.

Na szczęście nowa wycieczka na horyzoncie.
Wracam do lektury, bo obrodziło mi w dużo dobrych na koniec roku.

Ps. żyjemy jak królowie – wstawajmy prawą nogą.

 

Pobudka Koszutka

DSC_4126b

Umieszczam jeszcze trochę zdjęć z miejsc, w których kiedyś udało mi się być. Skrzętnie je przechowuję, segreguję i oglądam- to mi pozwala zachować równowagę. Obowiązki i zachciewajki na szali. Tymczasem bez mała od pół roku nie wyściubiam nosa z katowickiej koszutki. Oswoiłam te obskórne, szare kato na nowo i tutaj czuję się dobrze. Mam bochenka po drodze do pracy, wszystko pod nosem, nigdzie nie muszę docierać, biec, podążać i spieszyć się.

Wspiera mnie w tym Murakami, którego sobie ostatnio upodobałam. Zaczełam dosyć nietypowo, nie od powieści, a czegoś na kształt pamiętnika, w którym opisuje swój porządek dnia: chociaż powtarzający się- to nie nużący. Poukładany co do minuty wpływa mobilizująco i uspokajająco na samopoczucie. O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu opisuje dosyć schematyczne życie i pozornie zwyczajne czynności, które jednak pozwalają pisarzowi zachować pewien spokój i harmonię. Chociaż sport i rywalizacja nie należą do moich zainteresowań, to z łatwością można z tych wywodów wyciągnąć wnioski dla siebie. Pochłonęłam to w całości i przytakiwałam tylko z każdą stroną częściej, bo przecież tak sprawdziłam to na własnej skórze. Pan z tak odległego kraju a tak dobrze rozumie.

Widziałam ostatnio nagłówek, że tacy żądni wrażeń jesteśmy, sensacji i ekscesów szukamy, a jeszcze zdążymy zatęsknić za nudą i szarą codziennością. Albo pokojem w Europie. I to niekoniecznie muszą być szemranki. Tyle mamy bodźców, kolorów i aplikacji, które choć wszystko mają nam poukładać- wywołują mały chaos w głowie. Nie wiadomo na czym się skupić i ostatecznie, czemu poświęcić (cenną) uwagę.

Myślałam, że zatęsknię szybko za walizkami i niepokojem podróży, ale te zostawiłam na dziesiątym piętrze żorskiego domu i na razie ich nie potrzebuję; że brakowało będzie przemieszczania sie z miejsca na miejsca, historii, którymi można sypać jak z rękawa. Ale jeszcze wspomnień mi starcza i życie planami też cieszy. Jak się skończą to pomyślę, może ruszę.

PS. Sięgnęłam też po Norwegian wood. Historia poniekąd o poszukiwaniu harmonii i o tym, że pewne rzeczy należy poukładać zanim zabierze się za nowe. Murakami nie lubi chaosu.

Spokoju nam trzeba na te dziwne czasy.

 

Papusza: albo będzie z niej wielka duma, albo wielki wstyd.

papusza_kadr_fot_krzysztof_ptak_i_wojciech_staron_next_film_3_0
Nie pisz wierszy, bo będziesz nieszczęśliwa
. Trochę tak jak gdyby Cygance Cyganie przyszłość wywróżyli.

Listopad to wiszące nade mną chłody, które chociaż spodziewane zawsze przychodzą znienacka. To też potrzeba ogrzewania tych ciemnych wieczorów, które już popołudniu nastają. Sałatki zmieniłam na ciepłe jaglanki z owocami, owsianka na razie poszła w odstawkę. Te owoce to bardzo szumnie powiedziane: głównie banan i jabłko, żadne rozmaitości. To tylko dla towarzystwa książek, do których może w końcu uda mi się zajrzeć i filmów, które może wreszcie obejrzę. Wczoraj z Malwą Billy Elliot (są jeszcze wrażliwi chłopcy), a ostatnio coffee and cigarettes Jarmuscha (jak w tytule właściwie). I Papusza z polskiego podwórka.

Kultura cygańska jak i sama mniejszość raczej nie cieszy się zbytnią popularnością. Kiedyś na potrzeby konferencji studenckiej zgłębiałam temat: niby istnieją odpowiednie akty i programy pomostowe, których celem jest asymilacja, polepszenie warunków Cyganów (a raczej Romów), ale kiedy spojrzeć na rzeczywistość efekty są niemalże niezauważalne. Za to różnice kulturowe można dostrzec gołym okiem. I nawet biorąc pod uwagę czas akcji- a trzeba wiedzieć, że jeszcze Tuwim tworzył, chociaż u kresu- mam wrażenie, że niewiele się zmieniło, a z całą pewnością fascynacja kulturą tej mniejszości nie wzrosła. Aż tu powieść Angeliki Kuźmiak do rąk mi wpadła.

Bohaterką jest tytułowa Lalka: z cygańska Papusza, z dowodu Bronisława Wajs, która jako jedna z nielicznych ciągoty do literek miała i na tyle determinacji, żeby nie ulec pomimo krytyki obozowiska. Na poły wyzwolona: sama nauczyła się czytać i pisać, ale z drugiej strony nie kwestionowała mężowskiej władzy nad sobą i nie sprzeciwiała się zasadom taboru, który życia jej nie ułatwiał. Zgodnie z zasadą, że czego ludzie nie  rozumieją tego się boją- Cyganie słowa pisanego unikali jak ognia, a samą poezję uważali za zbytek i dziwactwo. Też spisane piosenki (bo skromność autorce zabroniła nazywać ich poezją) Papuszy nie znalazły u nich aprobaty. Nie pisz wierszy, bo będziesz nieszczęśliwa– tak jej przepowiadali i żyć później nie dali. Też z nimi do głowy dostała.

Sama historia tak prosto napisana, ichnym dialektem, z przeinaczeniami, błędami. Swojsko bardzo się to czyta i nie sposób nie poczuć sympatii do tej poczciwej duszy bohaterki. Z kolei w ekranizacji państwa Krauze jest na czym oko zawiesić, tyle pięknych zdjęć i przyjemnych dźwięków. Słabiej ze scenariuszem: bez wcześniej przeczytanej książki trudno byłoby mi całą historię złożyć w jedną całość.

Te wieczory teraz to idealny czas na takie opowieści, warto się pochylić. |
Szczególnie nad wydaniem książkowym.