Boston po raz pierwszy

koniec czerwca, 2013

To nasz pierwszy duży przystanek na wschodnim wybrzeżu. Nie liczę już Nowego Jorku z chwili, gdy postawiliśmy stopę w Ameryce. Lądowanie było twarde, choć ekscytujące, ale ciągle pełne zmęczenia, tłumów, ciasnych korytarzy metra i stromych schodów, które przeprawy z dwudziestotrzykilowymi walizkami nie ułatwiały nam. Te wspomnienia choć teraz lżejsze, wymazuję.

Tak, więc Boston. My zdeterminowani, żeby tylko wyrwać się z campa, zobaczyć jak wielki ten świat. Choć nigdy nie przypuszczalibyśmy, że bez samochodu ani rusz, a podróż do miasta odległego zaledwie dwie godziny drogi autostradą, autobusem zajmie pół dnia, z licznymi przesiadkami i dwugodzinnym oczekiwaniem. Z Great Barrington autobus do Lee jeździ średnio co godzinę, począwszy od ósmej rano. Nam czekanie od siódmej nie odpowiadało. Na marcinowej teczce piszemy nazwę miasta (całe szczęście, że to Lee, a nie dajmy na to.. Stockbridge!) i ustawiamy się przy drodze.

1

Tyle się czytało historii o tym jak ludzie przemierzają Stany na stopa, że szybko i tanio, do tego pełno wrażeń. A my nawet nie całe stany, a stan tylko chcemy przebyć. Na nasz widok ludzie się uśmiechają i dziwią.  Niektórzy przepraszająco, że nie mają miejsca, niektórzy machają. Pięć minut i już samochód zawraca i kierujemy się do Lee. Na campie aż huczy. Oficjalnie zabroniono nam tego typu pomysłów, bo tu dużo wariatów, ludzie są porywani, a  turyści to idealny cel. Mamy pomyśleć o rodzinie. Nieustannie myślimy, od kiedy tylko wyjechaliśmy.

DSC_6848

Dwie godziny aż Peter Pan zechce nas do Bostonu zabrać.

Przesiadka w Nowej Anglii. Ze Springfield już tylko godzina i jesteśmy na South Station przy Atlantic Avenue. Z pierwszego stoiska oferującego wycieczki po mieście bierzemy mapy. Paczka oreo na lepsze myślenie i w drogę.

2

Oczywiście, że błądzimy jak szaleni. Nic nie jest zbudowane na planie kwadratu i żadne w prawo nie jest oczywiste, a w lewo prowadzą co najmniej trzy ulice. Trochę się odnajdujemy tam, aż docieramy do Public Garden, przy Beacon Street. I to nie jest bejkon street, dara, o czym dopiero Renzo w San Francisco mi mówi. Nikt wcześniej z litości nie raczył mnie uświadomić (sic!). Bikon. Bi-kon.

DSC_6891

DSC_0107a

-s0.zmniejszacz.pl-DSC_6920_zmniejszacz-pl_9161

3

-s0.zmniejszacz.pl-DSC_6928_zmniejszacz-pl_679873Massechussets State House

Dalej Beacon Hill, które choć jest najstarszą dzielnicą to ta wiekowość nijak ma się do europejskiego pojęcia starości. Ale jest przeurocze, trochę jak z angielskich komedii romantycznych z Hugh Grantem- ciche uliczki położone na wzgórzach i ceglaste kamienice, które cieszą oczy. No zobacz:

DSC_0140

-s0.zmniejszacz.pl-DSC_6951_zmniejszacz-pl_559435

5

6Beacon Street

Ten dzień płynie nam bardzo szybko. Lekko niezorganizowani błądzimy po uliczkach i cieszymy oczy. Na wieczór planujemy jeszcze odwiedzić Cambridge, ostoję studentów, gdzie docieramy metrem. Bez Charlie Card ani rusz. Ceny są horrendalne i zakup jednego biletu prawdopodobnie pozbawiłby nas obiadu następnego dnia. Kolejny raz na turystę korzystamy z karty tutejszych, którzy bardzo chętnie zresztą nam pomagają.

-s0.zmniejszacz.pl-DSC_7021_zmniejszacz-pl_889486

W Cambridge studentów a studentów. Ludzie wylewają się na ulice, zapada już zmierzch. My po półgodzinnym spacerze spotykamy się z Johnem i jego znajomymi na Harvard Square, gdzie trwa rozdzielanie posiłku wśród bezdomnych. Użyczą nam kawałka podłogi w mieszkaniu wynajmowanemu przez ich firmę (coś z energią słoneczną, autami na prąd i odnawialnymi źródłami energii). God bless couchsurfing: ceny hosteli w Bostonie, podobnie jak w NYC, oscylują wokół 50$. A do tego nowi znajomi gratis. Beer pong, jak za Erasmusowych czasów i historie o życiu na australijskie farmie, a także kilka (choć mniej) słów o Nowej Zelandii. Dobrze mieć dwadzieścia jeden lat i tyle przebytych kilometrów za sobą.

-s0.zmniejszacz.pl-DSC_7014_zmniejszacz-pl_692381

-s0.zmniejszacz.pl-DSC_6994czb_zmniejszacz-pl_164968

-s0.zmniejszacz.pl-DSC_7012czb_zmniejszacz-pl_127742

Tymczasem kolejnego dnia Boston tonie we mgle. Kawa przede wszystkim.

7

Żeby tylko nie lunęło. Nieba nie widać, ale żeby tylko nie płakało.

-s0.zmniejszacz.pl-DSC_7025a_zmniejszacz-pl_623247

-s0.zmniejszacz.pl-DSC_7036_zmniejszacz-pl_70827

-s0.zmniejszacz.pl-DSC_7055czb_zmniejszacz-pl_352858

-s0.zmniejszacz.pl-DSC_7112_zmniejszacz-pl_728689Faneuil Hall

-s0.zmniejszacz.pl-DSC_7076czb_zmniejszacz-pl_426507

Miasto jest portowe. Całe to bostońskie picie herbaty, której tutaj notabene nie uświadczysz, i inne historie.

-s0.zmniejszacz.pl-DSC_7095czb_zmniejszacz-pl_498680

Zawracamy z portu do centrum, przez chinatown, bo one przecież w każdym mieście. Jeszcze raz Faneuil Market Square i powoli powoli w kierunku stacji południowej.

8

9

10

-s0.zmniejszacz.pl-DSC_7120_zmniejszacz-pl_191990

Mamy rozeznanie w mieście, trochę wrażeń i chęci na więcej. Jeszcze nie wiemy tego na pewno, ale myślimy, że wrócimy.

Póki co, na camp.

Advertisements

2 thoughts on “Boston po raz pierwszy

  1. Pingback: Boston po raz drugi | s c o o l t u r y

  2. Pingback: Boston po raz drugi | scooltury

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s